Dlaczego certyfikaty z TIK to często makulatura. I jak podszedłem do tego inaczej.
Bądźmy szczerzy. Znam ten scenariusz aż za dobrze. Sobota rano, kawa ledwo dopita, a tu trzeba odpalić Zooma, bo zaczyna się kolejne „obowiązkowe szkolenie” z technologii. Siedzisz, kiwasz głową, a w tle leci prezentacja o tym, jak AI zmieni edukację.
Celem nie jest wiedza. Celem jest ten wygenerowany na końcu PDF, który wyląduje w teczce awansu zawodowego. Papier się zgadza. Tylko co z tego wynika w praktyce? Absolutnie nic.
Taka wiedza jest bezużyteczna, bo jest pasywna. Nie uczy, jak zbudować lekcję, która ma ręce i nogi. Nie pokazuje, jak wykorzystać narzędzie, żeby uczeń faktycznie coś zapamiętał. To tylko lanie wody i teoria, która nijak ma się do realiów pracy przy 25-osobowej klasie w poniedziałek o ósmej rano.
Szkoda na to czasu. Dlatego projektując EduHero, wiedziałem, że muszę to zrobić na odwrót.
Nie interesuje mnie, czy ktoś odsiedział swoje godziny. Interesuje mnie, czy potrafi użyć konkretnej funkcji do osiągnięcia konkretnego celu dydaktycznego. Stąd w panelu pojawiła się „Ścieżka EduHero” – prosty system wdrożeniowy, który prowadzi za rękę.
Zamiast słuchać wykładu, dostajesz listę zadań do wykonania. „Stwórz lekcję z filmu na YouTube”. „Wygeneruj 15 fiszek na zadany temat”. „Zastosuj styl wizualny Minecrafta”. System na żywo sprawdza, czy to zrobiłeś. Pasek postępu rośnie. Wykonasz wszystkie zadania? Dostajesz Certyfikat. Ale nie za słuchanie, tylko za działanie.
To jest certyfikat potwierdzający konkretną umiejętność, a nie cierpliwość.
Bo na koniec dnia nie liczy się to, ile mądrych słów usłyszałeś o grywalizacji, tylko to, czy umiesz w trzy minuty wygenerować grę, która zadziała na Twoich uczniach. Reszta to biurokratyczny teatr, na który po prostu nie mamy już siły.
Narzędzie ma działać i ułatwiać życie, a proces jego nauki ma być tego odzwierciedleniem. Szybko, konkretnie i bez zbędnej filozofii.